"If this is to end in fire
Then we should all burn together
Watch the flames climb high into the night"
Then we should all burn together
Watch the flames climb high into the night"
Obudził ją
dźwięk otwieranych drzwi. Słyszała go już kilkakrotnie przedtem, ale tym razem
nie rozpoznała kroków osoby, która zbliżała się do jej łóżka, więc zaalarmowana
otworzyła oczy. Przed nią stał doktor Louis i uśmiechał się pogodnie.
- Jest taka
piękna pogoda, może chcesz wyjść na dwór? – zapytał, ukazując rząd białych
zębów. Popatrzyła się na niego z otwartymi ze zdziwienia oczami. Dopiero co
obudziła się z najgorszego koszmaru w swoim życiu, a pierwszym co zobaczyła po
przebudzeniu była twarz lekarza, z którym miała się zobaczyć dopiero w
poniedziałek.
- Co pan tutaj
robi? – Usiadła na łóżku i rozejrzała się po pokoju. Przez okno wpadały do
środka rażące promienie światła, przez co musiała przymrużyć oczy.
- Twoja ciotka
zadzwoniła do mnie wczoraj, że nie będziesz w stanie przyjechać do mojego
gabinetu, więc zaproponowałem wizytę domową – wytłumaczył pogodnie, wciąż
stojąc nad jej łóżkiem i patrząc się jej prosto w oczy. Zamrugała parokrotnie.
- Ale wizyta
jest dopiero w poniedziałek…
- Dzisiaj jest
poniedziałek.
Ponownie
popatrzyła się na niego osłupiała. Pogrzeb był w czwartek, poszła do ogrodu w
piątek… i była to ostatnia rzecz, którą pamiętała. Następne wydarzenia były
tylko zbiorem dźwięków słyszanych zza zamkniętych powiek. Pamiętała kojący głos
Harry’ego, chociaż nie wiedziała co do niej mówił i pamiętała również swój
płacz, chociaż nie wiedziała jaki był jego powód. Wszystko mieszało jej się w głowie.
- Spałam dwa
dni? – Zorientowała się, że ma na sobie piżamę i poczuła się niezręcznie w
towarzystwie doktora, chociaż ten wydawał się rozluźniony. Kiwnął głową.
- Więc
wyjdziemy na zewnątrz, czy chcesz porozmawiać tutaj?
- Da mi pan
chwilkę by się przebrać? – opuściła wzrok na swoje dłonie, leżące na białej,
wykrochmalonej pościeli. Doktor Louis westchnął rozbawiony i wyszedł z pokoju,
zamykając za sobą drzwi.
Fay szybko
wstała z łóżka i narzuciła na siebie ubrania, leżące na szafce przy oknie. Nie
miała pojęcia jakim cudem ostatnie dni wyleciały z jej pamięci. Nagle
uświadomiła sobie, że jej dziadkowie planowali wyjazd do swojego domu na
sobotę, co oznaczałoby, że przespała ich pożegnanie.
- Gdzie chcesz
pójść? – zapytał się jej doktor, kiedy wyszła z pokoju i zwróciła się w jego
stronę. Stał na korytarzu i przyglądał się czarno-białej fotografii jej
rodziców, powieszonej na ścianie naprzeciwko jej sypialni.
- Obok domu
stoi altana…
- W porządku.
– Nie dał jej skończyć. – Prowadź.
Uśmiechnął się
do niej pociesznie i wskazał ręką schody prowadzące na dół. Wyszli na dwór w
milczeniu, a kiedy oboje usadowili się wewnątrz altanki otoczonej z każdej
strony gęstym bluszczem, Fay w końcu odważyła się zerknąć na mężczyznę. Przyglądał
się jej cały ten czas.
- Wiesz, że
bardzo utrudniasz mi zadanie? – powiedział, bez żadnych słów wyjaśnienia.
- Dlaczego? –
zapytała się go, marszcząc brwi i przechylając delikatnie głowę.
- Mówisz mi,
że mam przekonać twoją ciotkę, że dasz radę mieszkać sama w tym domu, ale potem
próbujesz przejść się po własnym ogrodzie i dostajesz załamania psychicznego. –
Pokręcił głową karcąco. Chociaż cała jego postawa świadczyłaby o zdenerwowaniu,
samo jego spojrzenie było dość pobłażliwe.
- Nie miałam w
planach załamania psychicznego… - mruknęła Fay, do której powoli powracały
wspomnienia. – To jakoś tak… samo wyszło.
Louis zaśmiał
się i zamknął na chwilę oczy.
- Co się
stało? – zapytał. Wyglądał, jakby powoli kończyła mu się cierpliwość, by znosić
dziwactwa Fay.
- Czy musi się
coś stać, żebym chciała wejść do własnego ogrodu?
- Nie każdy aż
tak przeżywa spacery wśród kwiatów, wiesz?
Fay zacisnęła
wargi i odwróciła spojrzenie. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, aż w końcu
westchnęła i otworzyła usta, by mówić. Louis wyprostował się na swoim miejscu.
- W tym
ogrodzie znalazłam Meg, w porządku? To nie jest takie łatwe tak po prostu tam
wrócić i patrzeć na to… miejsce, w którym ona… Ona była zakopana.
Dziewczyna
musiała przerywać za każdym razem, gdy czuła, że głos jej się zaraz załamię.
Nawet mówienie o tym, co się stało, bolało.
- Domyślam się
– powiedział cicho Louis, jak gdyby próbował ją zachęcić do dalszych zwierzeń.
– Chcesz mi opowiedzieć o dniu, w którym ją znalazłaś?
Fay zawahała
się przez chwilę. Pomyślała o swoim postanowieniu, że będzie szczera z
doktorem, by ten szybciej zostawił ją w spokoju, ale z drugiej strony bała się,
że ta rozmowa może pogorszyć jej sytuację. W końcu jednak przełamała się i
zaczęła mówić.
Opowiadała
mężczyźnie o kartce, którą znalazła w swoim pokoju, o tym, że od razu wybiegła
do ogrodu i zaczęła przeszukiwać rabaty z tulipanami. Myślała, że znajdzie tam
kolejną wskazówkę, jakąś podpowiedź jak trafić do miejsca, w którym
przetrzymywana była Meg. Ale zamiast tego znalazła rąbek jej sukienki wystający
spod wilgotnej ziemi. I zaczęła kopać.
Nie wiedziała,
w którym momencie nie potrafiła już powstrzymać łez, lecz to nie powstrzymało
jej od kontynuowania opowieści. Mówiła mężczyźnie o tym, jak wygrzebała siostrę
własnymi rękami spod ziemi i jak siedziała z nią w ramionach w ogrodzie całymi
godzinami, aż nie zjawił się Liam i nie zabrał Meg od niej. Potem przybyła
policja i zadawali mnóstwo pytań, ale ostatecznie dali sobie spokój, kiedy
zauważyli w jakim stanie była Fay. Gdy w końcu nikt niczego od niej nie żądał,
uciekła nad morze.
Doktor Louis
siedział prosto cały czas i słuchał jej uważnie, kiwając głową, gdy wyczuwał,
że dziewczyna się waha. Nie powiedział tego na głos, ale w myślach już
wiedział, że Fay poczyniła wielkie postępy, skoro potrafiła powiedzieć mu o tym
wszystkim co ciążyło jej na duszy od dłuższego czasu.
- Liam to
dobry przyjaciel – mruknął, kiedy skończyła. Nie wiedziała, czy było to
pytanie, czy tylko stwierdzenie, więc po prostu kiwnęła głową, ścierając z
policzka łzy wierzchem dłoni.
- Teraz to już
i tak nie ważne. Wyjechał… - szepnęła, spuszczając głowę.
- Wyjechał? –
Doktor Louis nie ukrywał zaskoczenia.
- Dostał pracę
na statku i musiał wyjechać. Wróci za pół roku.
- Jestem
pewien, że do tego czasu uda nam się doprowadzić cię do porządku. – Mężczyzna
pochylił się w stronę Fay i uśmiechnął pogodnie. Dziewczyna zaśmiała się
gorzko, analizując w głowie dobór słów doktora. Z całym bałaganem, jakim było
jej życie, nikt nie będzie umiał doprowadzić jej do porządku.
Ich spotkanie
zakończyło się zaskakująco szybko. Fay nie wiedziała kiedy minął cały czas,
który doktor postanowił na nią przeznaczyć, ale kiedy wróciła do domu,
zorientowała się, że zbliżała się już piąta po południu, a to oznaczało, że
ktoś powinien już przygotować obiad. W drodze do kuchni usłyszała hałas
dochodzący zza drzwi po jej lewej, które prowadziły do piwnicy. Brzmiało to
tak, jak gdyby kilka ciężkich przedmiotów uderzyło o podłogę jednocześnie.
Zatrzymała się
i popatrzyła w tamtym kierunku. Powoli uchyliła drzwi i zajrzała do pomieszczenia.
Na starych, pokrytych kurzem schodach wyraźnie odznaczały się czyjeś ślady
stóp.
- Kto tam
jest? – zawołała w pustą przestrzeń, próbując wyszukać coś w słabym świetle
żarówki na dole.
Zero
odpowiedzi.
Wzięła głęboki
wdech i powoli zeszła na dół, rozglądając się na boki. Piwnica była ogromna i w
większości zagracona pudłami, w których przechowywała pamiątki rodzinne i
wszystkie ozdoby, których nie udało jej się powiesić lub postawić w domu.
- Halo? –
spróbowała jeszcze raz. – Jest tu ktoś?
Zza jednej ze
stert pudeł niespodziewanie pojawiła się pulchna postać kobiety.
- Oh, to ty
Fay – westchnęła ciotka Georgia. – Doktor Louis już wyszedł?
- Przed chwilą
– mruknęła dziewczyna, przyglądając się ciotce. – Co ciocia tutaj robi?
Kobieta na
chwilę odwróciła spojrzenie, patrząc na kilka pudeł, które musiały narobić tyle
hałasu spadając na wybetonowaną podłogę. Przygryzła wargi, kiedy zadrgała jej
broda. Fay przyglądała jej się bez słowa, chociaż w głowie formowały jej się
miliony pytań.
Ciotka Georgia
w końcu wypuściła głośno powietrze i opuściła bezradnie ręce.
- W porządku –
powiedziała tonem osoby, która przegrała całe swoje życie. – Powiem ci.
Fay podniosła
brwi, posyłając ciotce pytające spojrzenie.
- Faith,
dziecko, przepraszam, ale chociaż bardzo martwię się o ciebie i twoją sytuację,
nie było to nigdy powodem, dla którego chciałam tutaj z tobą zostać. – Oczy Fay
jasno mówiły ‘Powiedź mi coś, czego jeszcze nie wiem’, więc ciotka Georgia
kontynuowała swoje wyznania. – Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale
mój mąż zaprojektował ten dom ponad trzydzieści lat temu. Twoi rodzice, jako
młode małżeństwo, postanowili wybudować sobie dom nad morzem, a jako głównego
architekta zatrudnili Berta.
Ciotka Georgia
przysunęła sobie jedno z pudeł i opadła na nie ciężko, jakby samo mówienie było
dla niej wyczerpujące. Fay wciąż stała nieruchomo, z rękoma skrzyżowanymi na
piersi.
- Bert
przyznał mi się w dniu swojej śmierci, że w domu schował... coś. Dużą ilość
pieniędzy, która miała być przechowana przez twoich rodziców, byśmy mogli jej
użyć w czasach kryzysu. O tym tajemniczym sejfie wiedzieli tylko mój mąż i twój
ojciec. Oboje zginęli zanim zdążyli komukolwiek powiedzieć, gdzie on się
znajduję.
- Więc to
dlatego wykorzystywałaś każdą okazję, by tu przyjechać? – odezwała się w końcu
Fay.
Ciotka Georgia
pokiwała głową, nie kryjąc zażenowania.
- Nie chciałam
wyjść na kogoś czyhającego na pieniądze, ale też nie mogłam pozwolić, by ktoś
inny znalazł je przede mną i sobie przywłaszczył. Zrozum, Bert i ja oszczędzaliśmy
duże sumy pieniędzy…
- Rozumiem. –
Fay pokiwała głową. – Więc jeśli pomogę ci znaleźć ten cały sejf, wyjedziesz?
Nie chciała
zabrzmieć nieuprzejmie, ale słowa same formowały jej się na języku. Ona tylko
nadawała im wydźwięk.
- Skoro aż tak
ci tutaj przeszkadzam… Gdy tylko dostanę swoją własność, więcej mnie tu nie
zobaczysz.
- Dobrze. –
Głos Fay był chłodny i opanowany. Nie chciała już więcej udawać kulturalnej.
Nie, kiedy wiedziała jaki jest prawdziwy powód każdej wizyty ciotki Georgii.
Nie zależało jej na pieniądzach, o których do tej pory nawet nie miała pojęcia,
a więc nie miała problemu z obiecaniem ciotce, że odda jej wszystko, co do
grosza.
Stanęła na pierwszym stopniu schodów i nagle przypomniała sobie o czymś jeszcze.
- To nie ciocia zabrała ten nóż, prawda? - zapytała, patrząc się niepewnie na ciotkę Georgię.
- Jaki nóż? - Kobieta wyglądała na szczerze zaskoczoną i odrobinę zagubioną. Fay pokręciła głową.
Stanęła na pierwszym stopniu schodów i nagle przypomniała sobie o czymś jeszcze.
- To nie ciocia zabrała ten nóż, prawda? - zapytała, patrząc się niepewnie na ciotkę Georgię.
- Jaki nóż? - Kobieta wyglądała na szczerze zaskoczoną i odrobinę zagubioną. Fay pokręciła głową.
Wróciła na
górę, zostawiając kobietę siedzącą wciąż w tej samej pozycji na starym,
kartonowym pudle.
Nagle przez
jej ciało przelała się fala ulgi i ze zdumieniem odkryła, że uśmiecha się do
samej siebie. Wiedziała już co robić, by pozbyć się uciążliwej kobiety spod
swojego dachu, więc czuła się, jakby znalazła drogę do rozwiązania wszystkich
swoich problemów. Z trudem powstrzymała śmiech.
Jednak z myślą
o uwolnieniu się od ciotki przyszła także myśl o wyjeździe Harry’ego.
Pomyślała o
tym, że do czasu powrotu Liama będzie musiała włóczyć się z kąta w kąt po tym
domu samotnie i wzdrygnęła się na tę myśl. Nie chciała być samotna. A Harry
niespodziewanie stał się dla niej ucieczką od samotności.
Minęła drzwi
swojej sypialni i delikatnie zapukała do jego pokoju.
Otworzył jej w
starych spodniach od dresu i rozciągniętej koszulce, z włosami mokrymi po
kąpieli, z której musiał niedawno wyjść. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało,
widząc jego zdziwioną minę.
- Chcesz
porozmawiać? – zapytała, nie kryjąc rozbawienia. Wyraz ulgi objawił się na jego
twarzy.
- Zawsze.
Stała na
środku ogrodu. Spróbowała ponownie i tym razem się udało, ponieważ nie dała
sobie czasu, by się zawahać. Nie myślała, nie wspominała, po prostu przestąpiła
przez próg i dotknęła bosymi stopami kamienistej ścieżki. Było jeszcze coś, co
różniło tę próbę od poprzedniej. Dłoń Harry’ego oplatająca jej własną.
Przeszli razem
do miejsca, w którym porozrzucane były zgniłe szczątki roślin, podmokłe po
stałych deszczach, a gdy doszli do punktu, w którym ziemia zasypała gładkie
kamienie a Fay wciąż nie okazywała żadnych oznak słabości, chłopak nie mógł już
dłużej ukrywać ekscytacji.
Objął ją
obiema rękami i podniósł kilka centymetrów nad ziemię, śmiejąc się głośno.
- Udało ci
się, Fay! – krzyknął, gdy zareagowała na jego zachowanie śmiechem.
- Udało mi
się! – Oczy zaszkliły jej się ze szczęścia, ale powstrzymała łzy, nie chcąc by
taka piękna chwila została zrujnowana przez jej brak samokontroli. – Dziękuję
ci, Harry.
Przez chwilę
wydawało jej się, że chłopak ją pocałuję, gdy przeleciał wzrokiem po jej
twarzy, zatrzymując się na ustach, ale chwilę później uśmiechnął się szeroko i
puścił ją ze swojego mocnego uścisku.
Uświadomiła
sobie jak duże postępy uczyniła w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin.
Razem z Harry’m zebrali resztki roślin, pozamiatali ziemię i zasadzili nowe
tulipany w miejscu, gdzie jeszcze kilka tygodni temu leżało ciało Meg.
Rozejrzała się po ogrodzie i chociaż niektóre uczucia wciąż ciążyły jej na
sercu, potrafiła je udźwignąć. Widziała też, jak od czasu do czasu brunet
spogląda na nią ukradkiem i odczuwa wręcz ojcowską dumę, ponieważ pomógł jej
się przełamać.
- Jak chcesz
to uczcić? – zapytał jej się w końcu, gdy skończyli pracę. Słońce powoli
chyliło się ku zachodowi, chociaż chłodna, wieczorna bryza jeszcze nie
nadciągnęła znad morza.
Fay
zastanowiła się przez chwilę, wycierając ręce o spodnie.
- Może
pójdziemy na plażę? O tej porze nie będzie tam zbyt wielu ludzi.
Spacerowali po
chłodnym piasku wsłuchując się w odgłosy nadmorskich ptaków, latających nad
pobliskimi alejkami, w poszukiwaniu resztek jedzenia po turystach. W pewnym
momencie Harry sięgnął po jej dłoń, a Fay nawet nie pomyślała o odsunięciu się.
Po tym wszystkim co razem przeszli powoli zaczynała przyzwyczajać się do
bliskości Harry’ego.
- Wiesz...? To
był bardzo dobry dzień – odezwała się niespodziewanie. Chłopak popatrzył się na
nią, pozytywnie zaskoczony i odgarnął kilka niesfornych loków, które wiatr
nieustannie strącał mu na oczy.
- Ta-ak –
powiedział, przeciągając słowo. – Podejrzewam, że jeden z lepszych, od kiedy tu
przyjechałem, prawda?
-
Definitywnie.
Wymienili się
rozbawionymi spojrzeniami i kontynuowali spacer, podczas gdy krwistoczerwone
słońce chowało się powoli za horyzontem.
_____________________________________
Czytam - Komentuję
Doceniam każdą opinię, jeśli ma więcej niż dwa zdania pojedynczo złożone ;)