Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział szósty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział szósty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 stycznia 2014

Chapter six



"In this time I've lost all sense of pride
I've called a hundred times
If I hear your voice I'll be fine"


Bóg nie słyszał o pogrzebie Meg. Nie mógł tego słyszeć, bo gdyby jednak, jakimś cudem, do nieba dotarła ta wiadomość, na pewno nie zesłałby tak pięknej pogody w dniu jej ostatniego pożegnania z bliskimi. Fay patrzyła w niebo i nienawidziła każdego promienia słońca błądzącego po wilgotnej od rosy ziemi. Od czasu zniknięcia dziewczynki nie było jeszcze dnia, w którym słońce pokazałoby się w pełnej okazałości.
Fay chciała by niebo płakało, ale niebo rzadko słucha zachcianek śmiertelników.
Liam przyszedł o świcie. Fay nie miała nic przeciwko, bo gdyby on jej nie zbudził, na pewno zrobiłby to Harry. A widzieć twarz Liama, jako pierwszą rzecz po przebudzeniu było dla niej znacznie przyjemniejsze. Przytuliła go na powitanie. Prawdopodobnie zbyt mocno i stanowczo za długo, ale tego właśnie potrzebowała. Schowała się w jego ramionach z kilku różnych powodów.
Po pierwsze stęskniła się za nim. Pomimo szczerych chęci, zapewnień i prób poradzenia sobie ze wszystkim w pojedynkę, naprawdę potrzebowała Liama. Potrzebowała ciepła jego dłoni, jego obecności, przynoszącej ze sobą poczucie bezpieczeństwa. Potrzebowała również świadomości, że Liam jest. Tak po prostu. Jest.
Kolejnym powodem, dla którego trudno było jej odsunąć się od Liama było wszystko to, co wydarzyło się podczas jego nieobecności. Od kłótni przy stole, przez rozmowy z Harry’m, po wizytę u psychologa. Jednocześnie chciała się wyżalić i pokazać, jaka jest z siebie dumna, że zrobiła to bez niego. Zrobiła coś sama.
- No widzisz, już praktycznie mnie nie potrzebujesz – mruknął Liam, gdy usłyszał historię Fay. Dziewczyna uśmiechnęła się, ukrywając dreszcz, który przeszedł jej po kręgosłupie na samą myśl, że kiedyś mogłaby nie potrzebować Liama.
Są pewne narkotyki, które pojawiają się w naszym życiu w postaci ludzi. Czasami bierzemy je w nadmiarze, bo szczerze wierzymy, że są dla nas dobre. Nawet jeśli Liam w istocie był największym błogosławieństwem jakie spotkało Fay, chłopak powoli zaczynał sobie uświadamiać, że jest również jej przekleństwem. Do tego, poprzedniego wieczoru Liam dowiedział się o czymś, co mogło kompletnie zrujnować Fay.
Msza w kościele zaczęła się w samo południe. Fay założyła czarną sukienkę i nasunęła na głowę koronkowy kapelusz z szerokim rondem. Gdy tylko weszła do kaplicy pierwszym, co rzuciło jej się w oczy była liczba osób zgromadzona w pomieszczeniu. Większość z nich stanowili uczniowie ze starej szkoły Meg, ale Fay rozpoznała także kilka znajomych twarzy spotykanych na drodze do sklepu w sobotnie popołudnia lub innych miejscach, w które często wybierała się z siostrą. Nie spodziewała się, że przyjdzie tyle osób.
Bliska rodzina siedziała z przodu, ale Fay nie chciała, by ludzie patrzyli na nią w trakcie ceremonii. Wolała, by skupiali się na Meg, która została ukryta w małej, drewnianej trumnie, ustawionej na podwyższeniu zaraz przed ołtarzem. Dziewczyna usiadła więc w ostatnim rzędzie obok Liama.
Gdy zabrzmiały kościelne dzwony obwieszczające równe południe, drzwi kościoła otworzyły się i do środka wszedł ostatni, spóźniony gość. Usiadł zaraz przed Fay i chociaż z początku dziewczyna nie zwróciła na niego uwagi, po chwili rozpoznała jego potargane włosy i trzydniowy zarost. Była nawet pewna, że pod czarnym płaszczem mężczyzna ukrywa ten sam, szary sweter, w którym widziała go poprzedniego dnia.
Wyglądało na to, że doktor Louis przegląda nekrologi w swoim wolnym czasie.

Fay nie uroniła ani jednej łzy podczas ceremonii. Przez cały ten czas modliła się o deszcz w dniu pogrzebu, by ukryć łzy słabości, tymczasem jej oczy pozostały suche niczym lipcowe niebo nad katedrą. Trzymała dłoń Liama i patrzyła w milczeniu na ołtarz, gdzie ksiądz cytował frazesy z Biblii i powtarzał, jaki to wielki ból dla wszechświata, gdy odchodzi z niego tak młoda osoba. Nie powiedział niczego, co nie byłoby już powiedziane w tysiącach książek.
Potem Harry, wuj Henry, Evan i dziadek Ronald wynieśli małą trumienkę Meg z kościoła. Fay miała ochotę wrócić do pustego domu i zamknąć się we własnym pokoju na kilka dni, ale wiedziała, że nie może tak po prostu odpuścić. To tylko zadziałałoby na korzyść ciotki Georgii. Później poczuła się źle, że akurat ten argument ją przekonał.
Zaczął się pochód, a słońce odprowadzało Meg na cmentarz wraz z grupą żałobników.
- Witaj, Fay. – Dziewczyna podniosła wzrok znad swoich czarnych sandałów i ujrzała poważną twarz doktora Louisa. Kiwnęła do niego głową i ponownie skupiła się na dorównywani kroku innym. – Jak się czujesz?
- Jakby właśnie umarła mi siostra – powiedziała pod nosem, chociaż dobrze wiedziała, że mężczyzna może ją usłyszeć.
- Trafne określenie. – Doktor Louis był wręcz nietaktownie pogodny, biorąc pod uwagę wskazane okoliczności. Może taka była jego natura? Może nie potrafił udawać smutku, a może po prostu próbował pokazać Fay, że nad nimi nadal świeci słońca. Nadal. To samo, które świeciło tysiące lat temu, mimo, że codziennie umierało i umiera setki osób. – Wciąż masz wsparcie w przyjacielu?
- Tak. – Fay mimowolnie odszukała wzrokiem Liama w tłumie. Szedł kilka kroków przed nią, z uwagą przypatrując się swoim wypolerowanym butom.
- Możesz mi go pokazać? Chętnie zamienię z nim kilka zdań. – Louis rozejrzał się, a gdy Fay wskazała mu mężczyznę przed nimi, utkwił w nim uważne spojrzenie.
- To on?
- Tak.
- Liam?
- Tak – powtórzyła Fay ponownie spuszczając głowę. – Już nie chcę pan z nim porozmawiać?
- Hm – mruknął doktor Louis wciąż nie odwracając spojrzenia od Liama. – Może innym razem. Wydaję się być… zajęty.
Dokładnie w momencie, kiedy Fay była przekonana, że doktor Louis w końcu odpuści sobie rozmowę i oddali się od niej, dołączyła do nich ciotka Georgia. Chciała poznać lekarza, który miał pomóc jej podopiecznej. Fay westchnęła bezgłośnie i odeszła od nich. Zbliżali się już do cmentarza.
Gdy przystanęła przy wykopanym grobie, Liam odszukał ją i delikatnie dotknął jej dłoni opuszkami palców. Posłała mu pośpieszne, uspokajające spojrzenie i ponownie skupiła wzrok na świeżej ziemi przed nimi. Chciała płakać. Naprawdę chciała, by wszystkie te emocje, które się w niej zbierały od rana w końcu wypłynęły wraz ze słonymi łzami.

Fay nie pamiętała zbyt wiele z tego co wydarzyło się od zakopania małej trumienki po powrót do domu. Oprzytomniała, kiedy przy stole nakrytym do obiadu ciotka Georgia dostawiła jeszcze jeden talerz.
- Dla kogo to? – zapytała kobietę.
- Zaprosiłam doktora Louisa, żeby spędził z nami trochę czasu.
- Dzisiaj?
Fay pomyślała o tym, jak bardzo chciałaby być teraz w swoim własnym pokoju. Chciałaby usiąść tam obok Liama i po prostu poczuć się znowu jak dawniej. Mogłaby sobie wmawiać, że Meg śpi spokojnie w sypialni za ścianą, a oni mają całe godziny na odbywanie swoich milczących rozmów. Zamiast tego usiadła przy stole przy Harry’m i odtworzyła w myślach obraz Liama odchodzącego z cmentarza w przeciwnym kierunku, kiedy ona szła za rodziną w stronę domu.
Nie miała nawet okazji zapytać się go, dokąd idzie.
Doktor Louis wszedł do jadalni wraz z wujem Evanem i usiadł naprzeciwko Fay. Cała rodzina powoli zajmowała swoje miejsca. Podano kolację, chociaż nikt nie zwracał uwagi na to, co było na talerzach. Panowała cisza, i chociaż Fay z natury lubiła ciszę, ta wydawała jej się niezręczna.
- Wydaję się pan bardzo młody, jak na lekarza – odezwała się w końcu babcia Helen, patrząc nieufnie na doktora Louisa.
- Jestem jeszcze studentem, ale doktor Cappus przyjął mnie na praktyki w tym roku – odpowiedział Louis posyłając jej uprzejmy uśmiech. Ciotka Georgia pokiwała głową z przekonaniem i zerknęła na Helen karcąco.
- A co myśli pan o naszej Fay? – zapytała ciotka, wskazując na dziewczynę. Fay zmarszczyła brwi, ale zaraz przypomniała sobie, że musi odpowiednio się zachowywać przy doktorze, więc szybko uśmiechnęła się w stronę mężczyzny, wyczekując jego odpowiedzi.
- Myślę, że Fay ma już dość słuchania o samej sobie – powiedział mężczyzna pogodnie, patrząc dziewczynie prosto w oczy. Ciotka Georgia wyglądała na zagubioną. – Ale jeśli już chcecie znać moje zdanie, to uważam, że Fay jest wyjątkowo niedocenianą osobą.
Wypowiadał każde słowo, utrzymując kontakt wzrokowy z Fay, jakby prowadził z nią prywatną rozmowę, ignorując pozostałych ludzi przy stole.
- Niedocenianą? – Ciotka Georgia pokręciła głową z konsternacją.
- Oczywiście. Bądźmy szczerzy, czy ktokolwiek z was naprawdę uważa, że Fay może mieszkać w tym domu sama? Wszyscy skaczecie wokół niej jak małe pchły przy wyjątkowo owłosionym psie… przepraszam za porównanie. Chodzi o to, że od kiedy usiedliśmy przy tym stole, każdy z was chociaż raz zerknął przelotnie na Fay, by sprawdzić czy wszystko z nią w porządku.
- Brednie, może patrzyliśmy na nią, żeby zaprosić ją do rozmowy? – broniła się babcia Helen.
- Nie zauważyłem, by Fay jakoś wyjątkowo udzielała się w rozmowach…
Fay chciała przerwać doktorowi. Wiedziała, ze jego słowa rozpoczną kolejną konwersację na jej temat, a tego nie miała ochoty słuchać. Z drugiej jednak strony, fascynowało ją to, jak mężczyzna za pomocą zwykłej obserwacji odczytał myśli wszystkich siedzących przy stole.
Harry, siedzący obok Fay, prychnął z oburzeniem, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
- Ale, doktorze Louisie, sam musi pan przyznać, że dziewczyna nie radzi sobie zbyt dobrze… - mruknęła ciotka Georgia, pochylając się nad stołem, jak gdyby nie była świadoma, że wszyscy mogą ją idealnie usłyszeć.
Fay wstała gwałtownie, przewracając swoje krzesło. Wybiegła z jadalni bez słowa, śledzona spojrzeniami swoich najbliższych. Ktoś krzyknął jej imię, ale zignorowała to.
Drzwi jej sypialni było otwarte. Zwolniła na korytarzu i zajrzała do środka zaniepokojona, lecz gdy tylko zobaczyła, kto stał w środku, odetchnęła z ulgą. Liam przyglądał się jej półce z książkami, odwrócony tyłem do wejścia.
Obejrzał się słysząc dźwięk zamykanych drzwi.
- Fay – jego westchnienie zamieniło się w jej imię.
- Liam. Gdzie zniknąłeś po pogrzebie? – zapytała, przyglądając się mu uważnie. Chłopak znów zerknął w kierunku książek.
- Musiałem coś przemyśleć… - mruknął cicho. – A potem nie chciałem przeszkadzać wam podczas kolacji, więc przemknąłem się do twojego pokoju. Przepraszam, że ostatnio nie ma mnie, kiedy tego potrzebujesz.
- W porządku, ważne, że teraz jesteś – powiedziała i podeszła do niego, łapiąc jego wyciągniętą dłoń. – Po prostu już więcej nie odchodź, dobrze?
Oplótł ją ramionami, przyciskając do swojej klatki piersiowej, ale nie odpowiedział.
- Liam? Zostaniesz, prawda? – Fay zerknęła na niego niepewnie. Liam schował twarz w jej włosach, zaciskając mocno powieki i wdychając jej zapach. Pokręcił głową.
- Co to znaczy? – W jej oczach zbierały się łzy. Jego wciąż pozostawały zamknięte. – Liam…?
- Fay, nie mogę zostać.
Fay nigdy nie widziała, by Liam płakał, ale kiedy w tamtej chwili usłyszała jego głos, od razu wyczytała, jak ciężko jest mu wypowiadać słowa zwyczajnym tonem.
- Liam, oczywiście, ze możesz! – wykrzyczała załamującym się głosem. Zacisnęła dłonie na jego koszuli i potrząsnęła nimi, próbując zmusić go, by w końcu otworzył oczy i na nią popatrzył. Pokręcił ponownie głową. – Nie zostawiaj mnie, proszę, Liam. Nie zostawiaj mnie!
Zza jego powiek wypłynęła pojedyncza łza. Przycisnął dziewczynę mocniej do swojego ciała.
- Kocham cię, Fay – szepnął tak blisko jej ucha, że przyszły ją dreszcze.
- Ja ciebie też – powiedziała, przyciskając twarz do jego pogniecionej koszuli.
- Nie. Nie rozumiesz. – Podniósł jej podbródek dwoma palcami i poczekał, aż Fay popatrzy mu prosto w oczy. – Faith Collins, kocham cię.
Pochylił się nad jej twarzą, wahając się tylko przez jedną, krótką sekundę. Nie zareagowała, stała prosto, błądząc wzrokiem po jego różowych ustach.
Pocałował ją. Był to ich pierwszy i ostatni, prawdziwie idealny pocałunek.
- Skoro mnie kochasz, dlaczego chcesz mnie zostawić? – zapytała cicho po chwili milczenia, patrząc się w jego smutne, brązowe oczy. Westchnął.
- Muszę wyjechać – zaczął, chociaż trudno mu było skupić się na wymawianych słowach. – Dostałem propozycję pracy na statku. Szukali marynarzy, a ja już od dawna byłem na liście rezerwowych. Wypływamy jutro…
Jej oczy otworzyły się szeroko, serce przestało na chwilę pracować. Przerażenie boleśnie szybko przelało się przez jej żyły.
- Dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałeś?!
- Miałaś już dość na głowie – mruknął, opuszczając spojrzenie na jej wargi i powstrzymując się przed dotknięciem ich. – Ale wrócę. Obiecuję! Rejs nie trwa w nieskończoność, więc zanim się obejrzysz…
- Jak długo? – Jej głos i spojrzenie były wyprane z wszelkich emocji.
Nie odpowiadał, więc powtórzyła pytanie.
- Liam, jak długo trwa rejs?
- Sześć miesięcy.
- Sześć! To całe pół roku!
- Przepraszam.
Chciała się od niego odsunąć, ale trzymał ją blisko siebie. Nie miała siły by wyrwać się z jego uścisku.
- To nie będzie tak, że ja zniknę kompletnie! Będę pisał do ciebie listy i wysyłał je z każdego portu do którego dobijemy – zapewnił ją. – Albo będę je przekazywał przez inne statki, które będą płynąć do Brighton. Obiecuję ci, że nie zapomnę o tobie.
- Nie obiecuj rzeczy, których nie możesz być pewien – mruknęła pod nosem.
- Fay, jak ktokolwiek mógłby o tobie zapomnieć?
Milczała, starając się poukładać sobie wszystko w głowie. Chciała krzyczeć i niszczyć wszystko co znajdowało się w zasięgu jej wzroku, ale z drugiej strony, nie mogła pozwolić sobie na okazanie złości wobec Liama. Nie, jeśli to miało być ich pożegnanie.
- Jesteś jedyną osobą, na której mi zależy. Nie możesz mnie tak po prostu zostawić – wyszeptała cienkim głosem, ścierając łzy z policzków. – Odchodząc, zabierasz mi jedyną rzecz, która trzyma mnie razem.
- Przepraszam, Fay.
- Przestań za wszystko przepraszać – warknęła, w końcu odsuwając się od niego i odwracając głowę.
- Przepraszam… - szepnął.
Fay zignorowała jego wyciągniętą dłoń i minęła go, podchodząc do biblioteczki za jego plecami. Chciała po prostu przez chwilę pomyśleć w spokoju. Zastanowić się, jak jej życie ma teraz wyglądać. Nie patrzyła się na niego, lecz czuła jego ciepło za sobą.
- Masz tu kilka bardzo dobrych książek… - Zmarszczyła brwi, kiedy Liam próbował zmienić temat. – Ta, na przykład.
Sięgnął po jedną z książek w twardej, granatowej okładce na najwyższej półce, ale Fay szybko zatrzymała go, przytrzymując książkę. Zacisnęła wargi, próbując zatrzymać wspomnienia, które chciały przebić się na powierzchnię jej świadomości, chociaż od dawna sprawnie je blokowała.
- Nie. Nie ta – mruknęła przez zaciśnięte zęby, odwracając się w stronę Liama. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony, ale nie zadał żadnego pytania. Wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi.
Zapadła cisza, podczas której oboje wpatrywali się w siebie nawzajem. Fay słyszała jak na dole ktoś zabiera talerze ze stołu, robiąc przy tym odrobinę hałasu i zastanawiała się, czy ciotka Georgia zaprosiła również doktora Louisa, by spędził z nimi wieczór.
- Muszę już iść – odezwał się Liam, przerywając ciszę.
Fay odetchnęła głęboko, czując bolesny skurcz w klatce piersiowej.
- Obiecaj mi coś, dobrze? – powiedział powoli Liam, pochylając się nad nią. Przekręciła głowę, by jego usta znajdowały się tuż przy jej uchu. – Wyjdź do ogrodu za domem, dobrze? Już czas, żebyś zaakceptowała to, co się stało.
Zamknęła oczy, w których ponownie zbierały się łzy i drgnęła nieznacznie. Wypuściła głośno powietrze, gdy Liam musnął ustami jej policzek i odsunął się od niej. Zimne powietrze wdarło się między ich ciała, zostawiając gęsią skórkę na ramionach dziewczyny.
- Żegnaj. – Usłyszała jego głos dochodzący z daleka, więc otworzyła szybko oczy, by po raz ostatni na niego spojrzeć, ale Liama nie było już w pokoju. Jęknęła żałośnie i osunęła się na podłogę.
- Żegnaj.

__________________________


Czytam - Komentuję
 Doceniam każdą opinię, jeśli ma więcej niż dwa zdania pojedynczo złożone ;)
(Wiem, że to chamskie i prawdopodobnie bardzo nietaktowne, ale po prostu chcę poczytać szczere opinię, a nie zbiór przymiotników)